Podobnie jak w wielu miejscowościach Polski, także we Włocławku oraz w powiecie włocławskim, wystąpiły oznaki zbliżającej się nieuchronnie wojny. Niepewność jutra oraz obowiązek obrony ojczyzny skłaniały społeczeństwo do podjęcia niezbędnych kroków w zakresie samoobrony.

W pierwszych dniach okupacji w strażach pożarnych władzę przejęli hitlerowcy. Straż włocławską przeobrażono w jednostkę przymusową, tzn. taką, której dowództwo stanowili Niemcy, a strażakami w dalszym ciągu byli Polacy. Przedwojenny zarząd straży został rozwiązany, a niektórzy z członków osadzeni w więzieniach lub wywiezieni do Rzeszy.

Do obowiązków oddziału pożarniczego należało, jak przed wojną, gaszenie pożarów i uczestnictwo w zwalczaniu miejscowych zagrożeń. Utrudnieniem w służbie było obligatoryjne wprowadzenie do regulaminu organizacyjnego straży języka niemieckiego, w którym wydawano komendy, pisano raporty, pisma i zarządzenia.

Ten okres działania włocławskiej straży, jest mało udokumentowany w formie pisanej czy drukowanej. Jest jednak kilka przekazów słownych, które na taśmie magnetofonowej zapisał autor niniejszego opracowania i na podstawie tych relacji, można częściowo zrekonstruować tamten okres życia włocławskich strażaków.

Jeden z nielicznych żyjących jeszcze, a pamiętających tamten okres strażaków - Zbigniew Fajer - okres ten wspomina w sposób następujący: "Z chwilą wkroczenia Niemców do Włocławka natychmiastowo rozwiązano wszystkie organy władzy państwowej, jak i organizacje społeczne, w tym także Włocławską Straż Pożarną. Tym niemniej, by zabezpieczyć miasto i okoliczne wsie przed pożarami powołano niemiecka straż pożarną, która przejęła bazę lokalową, jak i sprzęt będący na wyposażeniu straży polskiej. Uprzednio został mianowany na funkcję komendanta straży pożarnej Niemiec pochodzący ze Stanisławowa - major Dresler. Znał język polski i nim się posługiwał. W ocenie służących w tamtych czasach strażaków był on stosunkowo dobrze usposobiony do nich, przypuszczalnie dlatego, iż na froncie zginął jego syn. Pod jego komendą znajdował się dwusekcyjny oddział niemieckich strażaków, w liczbie ok. 20 osób, którzy pełnili zawodowo służbę w systemie 24 godziny pracy na 24 godziny wypoczynku. Na wyposażeniu pożarniczego oddziału był, przejęty z włocławskiej straży, następujący sprzęt gaśniczy: 4 samochody pożarnicze, typu mercedes, skoda i laffli ze zbiornikami na wodę (po ok. 1 200 litrów każdy), 2 wozy konne z beczkami na wodę, które były bardzo rzadko używane, drabina mechaniczna oraz szereg drobnego sprzętu pomocniczego. Strażacy niemieccy posiadali własne umundurowanie, jakie przysługiwało strażakom w niemieckiej Rzeszy. Po kilku dniach okupacji Włocławka władze niemieckie, prawie wszystkich strażaków i ich rodziny przesiedlili na ulicę Żabią, w pobliżu remizy straży. Najwięcej strażaków zamieszkiwało w domach pod numerami 5, 7, 9 i 11. Łącznie zwerbowano ich ponad dwudziestu. Strażacy ci, na mocy zarządzenia niemieckich władz miasta, zostali wcieleni do straży przymusowej i pełnili w  niej funkcje pomocnicze w przypadkach gaszenia pożarów".

W materiałach źródłowych i pamięci żyjących jeszcze strażaków i osób, które mieszkały w okolicach ulicy Żabiej we Włocławku zachowały się następujące nazwiska włocławskich strażaków: st.ogn. Stanisław Krzyżański, st.ogn. Jan i Marian Wiśniewscy, plut. poż. Bolesław Mietlicki, kpr. poż. Julian Rosal oraz Czesław Sobczak, Stefan Nowakowski, Jan Kotkiewicz, Zygmunt Wesołowski, Henryk Fajer, Lech Fajer, Władysław Krzemiński, Adamczyk, Kuźmiński, Kędzierski. Nie są to, oczywiście wszyscy strażacy pełniący służbę w omawianym przez nas okresie. Polskimi strażakami dowodził Zygmunt Poszwiński. Pochodził z Poznania, biegle posługiwał się także językiem niemieckim oraz posiadał duże doświadczenie w gaszeniu pożarów, ponieważ był przedwojennym strażakiem.

"[...] Wszyscy włocławscy strażacy mieli możliwość noszenia dotychczasowych mundurów, ale tylko do akcji bojowych, lecz bez dystynkcji i innych odznak świadczących o ich polskości. Jedynie hełmy zmieniono im na wzór niemiecki. Włocławskim strażakom wyznaczano dyżury domowe w systemie 24 godziny służby, na 24 godziny odpoczynku, jednocześnie wystawiając im odpowiednie przepustki, które upoważniały do poruszania się w obrębie miasta po godzinie policyjnej. O fakcie służby w przymusowej straży powiadomieni byli pracodawcy strażaków, którzy mieli bezwzględny obowiązek zwalniania strażaka w przypadku alarmu pożarowego oraz udzielenia kilkugodzinnego odpoczynku, gdy akcja ratownicza prowadzona była w nocy. Mieszkańców miasta o alarmach lotniczych powiadamiano przy pomocy elektrycznej syreny, która zamontowana była na remizie strażackiej. Natomiast strażaków do akcji gaśniczej wzywał dzwon zainstalowany w bramie kamienicy przy ul. Żabiej 11. Na jego sygnał wszyscy polscy strażacy mieli obowiązek w umundurowaniu bojowym stawić się do remizy i po otrzymaniu odpowiednich rozkazów wyjechać do gaszenia pożaru. W owym czasie gros pożarów we Włocławku i okolicach było spowodowane prowadzonymi działaniami wojennymi. Bywały one nie za często, 1 - 2 w ciągu tygodnia. Do największych pożarów w okolicach Włocławka zaliczyć należy pożar lasu w okolicach Warząchewki, który miał miejsce latem 1943 roku. Spłonęło wtedy kilka hektarów starego drzewostanu. W działaniach taktycznych zaangażowana była oprócz strażaków niemieckich i polskich okoliczna ludność. Niewielka ilość pożarów w mieście była wynikiem wprowadzonej przez okupanta dyscypliny społecznej, jak i egzekwowaniem porządku, ładu oraz przymusem bezwzględnego przestrzegania przepisów przeciwpożarowych przez włocławian. Pod tym względem strażacy niemieccy i niemiecka policja prowadziły dwa razy do roku przeglądy kamienic, gospodarstw i obejść na terenie miasta. Czynności te polegały na egzekwowaniu i surowym karaniu nie przestrzegających wprowadzonych nakazów, nie posiadających wymaganego podręcznego sprzętu gaśniczego, który był pomalowany na czerwono i wystawiony przed obejściem. Kontrolujący przestrzeganie przepisów przeciwpożarowych mieli nieograniczoną władzę i mogli sprawdzać każdą posesję prywatną, urząd państwowy, warsztaty, zakłady pracy, jak i obiekty sakralne i kościelne. Taka forma prewencji powodowała wzmożenie dyscypliny, ładu, co w konsekwencji zaowocowało znacznym - w porównaniu z okresem przedwojennym - spadkiem liczby pożarów we Włocławku [...]". W związku z tym potwierdziła się utarta i stara prawda, iż skuteczna prewencja oraz egzekwowanie obowiązujących przepisów przeciwpożarowych doprowadziło do zmniejszenia strat pożarowych i popożarowych. Okres ten, mimo zniewolenia oraz braku wolności, charakteryzował się uporządkowaniem dyscypliny społecznej, a tym samym radykalnie zmniejszyły się tragedie ludzkie związane z pożarami obiektów, których właścicielami byli także Polacy. Jak pokazały czasy powojenne, Włocławek, a w szczególności wsie i miasta powiatu włocławskiego, nie były zbytnio zniszczone zarówno przez działania wojenne, jak i pożary.

"[...] System służby włocławskich strażaków zobowiązywał ich do odbywania dyżurów w formie skoszarowanej w porze nocnej. Do tego celu przygotowana była sala sypialna i wypoczynkowa w siedzibie straży. Praktycznie nie różniła się ona wyglądem, ani wyposażeniem od sali, w której przebywali w porze nocnej niemieccy strażacy, z tym tylko, iż Niemcy mieli lepsze jakościowo koce oraz białą pościel. Podczas wspólnych nocnych dyżurów niemieckich i polskich strażaków dochodziło do częstych spotkań, rozmów oraz wypełniania sobie czasu służby najrozmaitszymi grami, często na pieniądze [...]". Trzeba tutaj rozdzielić służbę i wykonywanie rozkazów bojowych podczas akcji gaśniczych od stosunków, jakie łączyły niemieckich i polskich strażaków podczas dyżurów odbywanych w tej samej remizie. W tym drugim przypadku dochodziło do kontaktów towarzyskich na niwie zawodowej. Obydwie strony doskonale zdawały sobie sprawę z tego, iż powołane są do niesienia pomocy w przypadku wystąpienia pożarów, i że ich los podczas działań taktycznych zależał od nich samych. Oczywiste było i to - w rozumieniu niemieckiego prawa i w praktyce - że strażacy włocławscy wysyłani byli na posterunki gaśnicze, gdzie występowało większe ryzyko zagrożenia życia i zdrowia. Tym niemniej żyjący obecnie strażacy nie przypominają sobie, by śmierci lub groźniej kontuzji podczas gaszenia pożarów na terenie Włocławka uległ jakiś z polskich strażaków w czasie całej okupacji hitlerowskiej. Inny pogląd na panujące poprawne stosunki w oddziale strażackim miało niemieckie kierownictwo straży pożarnej. Ci starali się rygorystycznie przestrzegać wydanych zarządzeń, tępili objawy porozumiewania się podległych strażaków. W sposób szczególny zwalczali wszelkiego rodzaju uczestnictwo strażaków w grach, imprezach i zabawach, które odbywały się w czasie wolnym od akcji gaśniczych. W związku z powyższym urządzano szereg nadprogramowych ćwiczeń, manewrów i innych form wypełniania czasu, by hamować sposobność zadzierzgania towarzyskich kontaktów. Wprowadzony rygor w tym zakresie nie skutkował owocnymi rozwiązaniami. Zwykli strażacy polscy i niemieccy wbrew zakazom oraz będąc świadomi grożących im z tego tytułu konsekwencji, nie zaprzestali utrzymywania kontaktów towarzyskich na płaszczyźnie służby w straży.

"[...] Wielokrotnie w ciągu miesiąca zwoływani byli strażacy polscy, jak i niemieccy, do odbywania ćwiczeń doskonalących. Miały one na celu wzmożenie dyscypliny w strażackich szeregach, poprzez ćwiczenia z musztry oraz ćwiczenia ze sprzętem do walki z pożarami. W relacjach strażaków z tamtego okresu, ze szczególnym niezadowoleniem wspominają ćwiczenia z musztry, podczas których komendy wydawane były w języku niemieckim, trwały one po kilka godzin i miały charakter pokazania "kto tu rządzi". Wprowadzone bezwzględne posłuszeństwo i niemiecki dryl, z jednej strony powodował wśród strażaków popłoch, tłumił dążenia narodowe, ale z drugiej strony, przez tego typu działania strażacy doskonalili się w swojej profesji. Służba Polaków w oddziale straży przymusowej nie była w żaden sposób opłacana, ani wynagradzana przez okupanta. Strażacy, w ramach rekompensaty za służbę, mieli czasami możliwość za zgodą niemieckiego komendanta straży, do rozbiórki starych domów, by zabrać z nich drewno, które było tak bardzo potrzebne do palenia w piecach, szczególnie w okresie zimowym. W styczniu 1945 roku ofensywa I i II Frontu Białoruskiego oraz I Armii Wojska Polskiego przybliżyła front do powiatu włocławskiego i miasta Włocławka. Pierwsze znamiona zbliżającej się wolności, strażacy z tych terenów mieli możliwość zaobserwować od dnia 15 stycznia 1945 roku, kiedy to niemieccy strażacy w obcowaniu ze strażakami polskim wykazali znaczne zaniepokojenie, stali się mało rozmowni, nie chcieli grać w ulubione "loteryjki", czekali na rozkazy od władz zwierzchnich, przygotowywali się do ewakuacji. Polscy strażacy, jak i mieszkańcy miasta, mając ograniczony dostęp do informacji z działań frontowych przypuszczali, iż moment wyzwolenia jest bliski, ponieważ od strony wschodniej coraz częściej odzywał się odgłos wystrzałów z dział oraz zaobserwowano rozbłyski eksplozji [...]".

Na dwa dni przed wyzwoleniem Włocławka, w dniu 18 stycznia 1945 roku wszyscy włocławscy strażacy zostali postawieni w stan najwyższej gotowości. O godzinie 12:00 odbyła się alarmowa zbiórka pododdziału, której celem było przygotowanie się straży do wyjazdu z miasta. O kierunku ewakuacji, celu i potrzebie opuszczenia Włocławka nikt strażaków nie poinformował. 32 strażaków opuściło Włocławek zabierając ze sobą 4 samochody gaśnicze wraz z wyposażeniem. Do wyżej wymienionego oddziału dołączyły także niektóre strażackie załogi z samochodami gaśniczymi powiatu włocławskiego. "[...] Strażacy ci pod kierownictwem żandarmerii niemieckiej udali się najpierw w kierunku Inowrocławia, a następnie Gniezna, Kostrzynia, Berlina, Poczdamu, Brandenburga docierając aż nad rzekę Łabę. Podczas tego przejazdu musieli podporządkować się szeregu restrykcyjnym rozkazów i nakazów. Kolejne miejsca ich pobytu przypadały w obozach dla skazanych lub w byłych koszarach wojskowych. Strażacy otrzymywali w nich głodowe racje żywnościowe, zmuszani byli także do wykonywania ciężkiej pracy przy wyrębie lasu oraz do ćwiczeń z musztry i ćwiczeń bojowych związanych z gaszeniem pożarów. W prawie wszystkich mijanych miastach i miejscowościach, strażacy włocławscy brali udział w gaszeniu pożarów budynków mieszkalnych, zakładów pracy, które spowodowane były nalotami alianckich samolotów. Zrzucane z nich bomby klasyczne i fosforowe powodowały bardzo duże straty oraz wzniecały liczne pożary. Polscy strażacy, dysponując posiadanym sprzętem, musieli pod groźbą pistoletów wycelowanych w nich przez niemiecką żandarmerię, wydobywać z ruin żywe osoby oraz walczyć z ogniem [...]". Dzień wyzwolenia zastał niektórych strażaków w miejscowości Lubeka, tereny te wyzwoliły wojska alianckie. "[...] Kilka dni po podpisaniu kapitulacji, włocławskim strażakom dano możliwość powrotu do kraju lub wyjazdu do Kanady. Wielu powróciło do własnych rodzin, lecz prawie połowa z nich skorzystała z oferty wyjazdu na obczyznę. Natomiast wozy strażackie po dokładnym ich zaewidencjonowaniu mogły powrócić do miejsca swojej służby sprzed wybuchu wojny[...]".

Powrót kilkunastu strażaków do Włocławka miał miejsce w kilka tygodni po zakończeniu wojny w Europie. W siedzibie straży zastali oni kilkunastu swoich kolegów, którzy nie byli deportowani na Zachód oraz pozostałości z wyposażenia sprzętowego jednostki. Powojenne kierownictwo włocławskiej straży wysłało po odbiór pozostawionych samochodów gaśniczych m.in. kierowcę Konstantego Majewskiego i innych, którzy to przyprowadzili je do Włocławka. Do miasta przytransportowano 3 samochody gaśnicze typu mercedes.

Podobne dzieje - jak straż miejska - przeżywała Fabryczna Straż Pożarna w "Celulozie". Dyrekcja tego zakładu otrzymała nakaz utworzenia straży ochrony zakładu. Ważniejsze obiekty fabryczne, jak siłownia, pompownia, magazyn chloru, dniem i nocą były strzeżone przez uzbrojoną straż, która organizacyjnie podlegała straży pożarnej. W sierpniu 1939 roku wielu członków straży zostało powołanych do wojska. W dniu wybuchu wojny i w następnych tygodniach zakładowa straż pożarna z "Celulozy" sumiennie wykonywała swoje obowiązki. W związku z nasilającym się zewnętrznym jak i wewnętrznym terrorem w dniu 24 października 1939 roku Stanisław Majewski wykonał futerał cynkowy do ukrycia sztandaru jednostki. Zaufani strażacy zwinęli sztandar, zapakowali go do pojemnika i schowali w skrytce. Przetrwał on zawieruchę wojenną, by po wyzwoleniu kraju ponownie służyć integracji strażaków w Celulozie. Był to ostatni moment do jego zabezpieczenia. Nazajutrz kierownictwo zakładu objęli Niemcy. Rozpoczęto aresztowania i wywózkę do obozów zagłady. Represji tej, w sposób bardzo brutalny, poddany został także naczelnik straży Samuel Augsburg. Wielu strażaków nigdy już nie powróciło do swoich rodzin i swojego miasta. Kierownictwo nad strażą pożarną przejęli Niemcy, natomiast funkcje czysto bojowe pozostawili nadal w gestii polskich strażaków. W czasie okupacji na terenie fabryki wybuchło kilka pożarów. Przy ich gaszeniu strażacy wykazali się profesjonalizmem i odwagą, która podobała się okupantowi. Zadania te dlatego wykonywali z takim poświęceniem, iż wiedzieli, że kiedyś nastąpi wyzwolenie i fabryka musi dalej pracować bez większych strat.

Wszelka dokumentacja organizacyjna, operacyjna czy statystyczna z lat 1939-1945, z chwilą ucieczki okupanta została przez niego zniszczona, a co cenniejsza prawdopodobnie zabrana ze sobą. W związku z tym Archiwum Państwowe we Włocławku oraz zasoby własne straży we Włocławku nie zawierają stosownych, choćby fragmentarycznych, dokumentów. Stąd bardzo trudno było dotrzeć do wiarygodnych źródeł, dotyczących działalności Włocławskiej Ochotniczej Straży Pożarnej oraz innych straży przy fabrykach we Włocławku.

Po zajęciu powiatu włocławskiego przez wojska niemieckie w dniu 28 września 1939 roku zostało wydane ogłoszenie publiczne, w którym podano do powszechnej wiadomości, że po zdobyciu Warszawy los Polski został ostatecznie przesądzony. "[...] Zgodnie z wolą Wodza ustalona z Rosją linia demarkacyjna stanowi od dziś granicę Rzeszy na wschodzie. Wszystkie leżące na zachód tej linii części terytorium, a zatem także okręg włocławski są i pozostaną zawsze na przyszłość jako teren Rzeszy Niemieckiej [...]". Już 8 października 1939 roku został wydany dekret "O nowym ukształtowaniu ziem wschodnich". Na jego mocy powiat włocławski włączono do okręgu Rzeszy Gdańsk - Prusy Zachodnie, z podziałem na trzy obwody. Powiat włocławski wchodził do obwodu bydgoskiego. W celu nadania "niemieckiego charakteru" ziemiom włączonym nadano nowe niemieckie nazwy. Ustalono nazwę powiatu (Kreis), a nazwę Włocławek zniemczono na Leslau. Oficjalnie nazwa powiatu brzmiała Kreis Leslau. Powiat dzielił się na gminy (gemeinde). Zarządzanie powiatem spoczywało w rękach kierownika (Kreisleiter) Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei (NSDAP), starostów (Landrat), natomiast w gminach urzędowali burmistrzowie (Burgemeister). Wszystkie obwieszczenia dla powiatu włocławskiego podpisywane były przez komisarza miasta Włocławka - Hansa Cramera.

W latach 1940-1941 trwała w powiecie włocławskim nasilająca się akcja wysiedleńcza. Wiele tysięcy ludzi, w tym i strażaków, zostało wywiezionych na roboty w głąb Niemiec, wielu trafiło do obozów koncentracyjnych i jenieckich. Znacznemu przyśpieszeniu podlegał proces germanizacji miejscowej ludności. W wydanym 6 grudnia 1940 roku obwieszczeniu uzupełniającym do przepisów dotyczących Polaków i Żydów na terenie powiatu włocławskiego, zapisano "[...] rozstrzelany będzie każdy, kto zostanie znaleziony z bronią w rękach, każdy kto niszczy, a przede wszystkim podpala [...]".

Okupant, obsadzając wszelkie ważniejsze i mniej ważne funkcje w miasteczkach i na wsiach swoimi ludźmi, uczynił to także w stosunku do straży pożarnych powiatu włocławskiego. Potrzebne okupantowi jednostki ochotniczych straży pożarnych przemianowano na straże przymusowe. Do oddziałów tych bardzo często włączano wszystkich mężczyzn danej społeczności w wieku od 16 do 40 lat, którzy mieli obowiązek stawiania się do pożaru, jak i na ćwiczenia. Władze naczelne każdej ze straży stanowili obywatele niemieccy. Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że okupant szczególnie na terenach wiejskich bardzo dbał o stan mobilności straży oraz o ich wyposażenie. Często jednostki wzbogacały się w nowoczesne, jak na tamte czasy, urządzenia i pojazdy do likwidacji pożarów.

Z analizy wspomnień oraz fragmentów artykułów prasowych wychodzących we Włocławku wynika, iż wiele jednostek jeszcze przed 1 września 1939 roku lub w pierwszych dniach II wojny światowej skrupulatnie zabezpieczyło najcenniejsze materialne wartości strażackie, jakimi były - między innymi - sztandary jednostek. Często z narażeniem życia, w wielkiej konspiracji odpowiednio je konserwowano, zabezpieczono i umieszczono w sobie wiadomych skrytkach. Było tak dla przykładu w jednostkach straży: Brześć Kujawski, Gołaszewo, Guźlin, Kowal, Lubraniec, Śmiłowice i w innych miejscowościach. Dzięki takiej trosce wiele sztandarów, fundowanych przez społeczeństwo dla straży przed wojną, ocalało i służy zachowaniu tradycji i ciągłości działania jednostek do dzisiaj.

Przejęty przez okupanta sprzęt gaśniczy został wyremontowany, a bywały nieodosobnione przypadki, iż straże przymusowe wyposażano w nowy sprzęt do walki z pożarami produkcji niemieckiej. Podobnie jak w przypadku miasta Włocławka, radykalne wzmożenie dyscypliny społecznej, połączone z restrykcjami i sankcjami karnymi, powodowało, że na terenie miasteczek i wsi powiatu włocławskiego wybuchało stosunkowo mało pożarów. Najczęściej spowodowane były one działaniami wojennymi lub zjawiskami przyrodniczymi, np. burzami. O takim stanie rzeczy dowiadujemy się jedynie z przekazów ustnych od strażaków i mieszkańców: Baruchowa, Gołaszewa, Nakonowa, Kruszyna, Izbicy Kujawskiej, Chocenia, Chodcza i innych miejscowości.

W 1945 roku z wielu miejscowości powiatu włocławskiego, z chwilą zbliżania się frontu wschodniego, Niemcy uciekając na Zachód zabrali ze sobą dokumentację, sprzęt pożarniczy oraz wielu strażaków. Ilustracją tego problemu są wspomnienia strażaków z Lubienia Kujawskiego. Ze składu 120 strażaków z tego miasteczka, w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 roku, w wyniku zarządzonego alarmu bojowego, wywieziono do Niemiec wraz ze sprzętem strażackim najlepszą jedenastoosobową sekcję. Po kilkunastu tygodniach wszyscy wrócili zdrowi i cali, lecz bez sprzętu przeciwpożarowego.

Znane są również przypadki ofiary najwyższej, jaką było oddanie życia oraz wykonane przez okupanta wyroki śmierci na strażakach. W obecnym województwie włocławskim, udokumentowanych zostało tego typu 28 przypadków. Wyroki śmierci wykonano na 20 osobach, na frontach II wojny światowej i w innych okolicznościach zginęło 3 strażaków. Warty podkreślenia jest fakt braku informacji, w dostępnych źródłach, o ofiarach śmiertelnych w czasie akcji gaśniczych na omawianym terenie. Podczas okupacji hitlerowskiej w powiecie włocławskim zginęli strażacy z następujących jednostek: OSP Guźlin - 3 osoby, OSP Izbica Kujawska - 1, OSP Rakutowo - 1 i z Oddziału Powiatowego we Włocławku - 1 strażak. Jest to - z całą pewnością - lista niepełna. Niemniej nie ma innych dokumentów czy opracowań, w których odnotowane byłyby straty ludzkie w tamtym okresie. Jedynymi jeszcze pamiątkami są okolicznościowe tablice na cmentarzach oraz w remizach strażackich oraz bezimienne mogiły poległych strażaków na cmentarzach parafialnych i komunalnym we Włocławku.

Historię ochrony przeciwpożarowej opracował
mł.bryg. w st. spocz. dr Zdzisław Zasada - autor książki "Dzieje straży pożarnych Włocławka oraz powiatu włocławskiego na tle historii ochrony przeciwpożarowej Kujaw wschodnich (1874-2004)".

⇐ COFNIJ

Pogoda